„Za każdym razem, kiedy widzisz biznes, który odnosi sukces, oznacza to, że ktoś kiedyś podjął odważną decyzję!”
Peter Drucker

Okiem eksperta

Mój pierwszy klient, któremu kazałem robić jeszcze gorzej

Poznałem typowego korporacyjnego menadżera, który miał typowy korporacyjny problem z odkładaniem swoich zadań na jutro. Pomimo list zadań i wielu aplikacji do zarządzania sobą, które wykorzystywał właściwie. Był mądry, profesjonalny i wiedział wiele o zarządzaniu czasem. Właściwie wiedział wszystko – o prokrastynacji też.

Co więc mogłem z nim zrobić? Skoro przeczytał wszystkie moje artykuły na ten temat i niejedną książkę. Skończył nawet specjalne szkolenie korporacyjne. Wypróbował większość mądrych technik i metod i …dalej prokrastynował. Dodam, że gtd – getting things done, miał w jednym palcu. Prokrastynował, jak większość, trudne i skomplikowane zawodowe zadania, ale również proste rzeczy, jak choćby wypełnienie formularza w serwisie, w którym bardzo chciał się zalogować, czy zapłatę za wylicytowany towar na Allegro.
I sam nie wiem dlaczego, ale słuchałem go i słuchałem i nagle wypaliłem: „odwlekaj jeszcze bardziej!”. Nastąpiła cisza. On zamarł w bezruchu, zapewne zastanawiając się, co za eksperta sobie zafundował. Ja też zamilkłem zastanawiając się nad szaleństwem moich słów do niego. Wypowiedziałem je, bo to był moim zdaniem jedyny sposób, żeby Paweł dowiedział się dlaczego w ogóle prokrastynuje. Skoro do tej pory nie udało mu się zwalczyć tego, to nie zna też odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak, a nie inaczej postępuje. A skoro przy tym poziomie prokrastynacji nie zna, to trzeba ją nasilić.

I tak nastapił: Eksperyment prokrastynacja no limit.

Paweł: To co konkretnie mam robić?

Ja: Masz spisane swoje cele, priorytety i listy zadań na poszczególne dni, twórz je dalej, patrz codziennie na to co masz wykonać i odkładaj na jutro dwa razy więcej. Nie przymuszaj się do pracy, do zrobienia czegokolwiek. gdy wyczujesz ten rodzaj odpychającego napięcia od realizacji czegoś. Pomyśl, co czujesz gdy nie podejdziesz do tych zadań – nie myśl o konsekwencjach. Postaraj się o analizę tego co będzie się działo z Tobą w te dni – zapisuj wszystko, nawet jeśli wyda Ci się trywialne i głupie. No i nie naraź się na utratę pracy – dasz radę tak przez tydzień bez konsekwencji?

Paweł: Spoko – tydzień będzie OK.

Po tygodniu trochę z duszą na ramieniu czekałem na to spotkanie. To był mój pierwszy klient, który robił źle, a ja kazałem mu robić jeszcze gorzej. Gdy zaczął spotkanie z radosną miną i słowami „ Już wszystko wiem” – naprawdę odetchnąłem.

Co takiego się wydarzyło? Paweł odpychał w ciągu tygodnia wszystko, do czego zabranie się, wiązało się z napięciem i pewną niechęcią. Odpychał tak wiele, że wytworzyła się pomiędzy nim, a zadaniami wystarczająco duża przestrzeń. W tej przestrzeni czuł się bardzo dobrze. Jak sam określił, wręcz: „wolny jak ptak”. Odczuwał ogromną przyjemność i brak ograniczeń. Wcześniej, gdy myślał o konsekwencjach i prokrastynował mniej, przestrzeń była zbyt mała dla niego, aby wyciągnął z niej wnioski.

Nie robienie różnych rzeczy, służyło w jego przypadku osiągnięciu uczucia pewnego ukojenia, wręcz szczęścia. Teraz wystarczyło znaleźć sposób na to aby zrobić w życiu Pawła miejsce na tego rodzaju doświadczenia. Inne miejsce i czas niż ten, gdy patrzy na listy zadań. Jeśli odpowiednio dużo wolności, szczęścia i ukojenia ulokujemy gdzie indziej – problem prokrastynacji Pawła pęknie jak bańka mydlana, bo odkładanie na jutro straci swój cel. Paweł sam sobie zadał pytanie, kiedy zdarzało mu się odczuwać coś podobnego. Okazało się dość typowo: „na łonie natury”, ale rzadko sobie na coś takiego pozwala. Dlaczego? Bo nie planuje chwil wolnych, one go zaskakują, po prostu nagle jest weekend, z którym nie wiadomo co zrobić. Czasem dzwonią znajomi, jakieś spotkanie na szybko, raczej „miejskie” przyjemności, a czasem niezrealizowane zadania nadrabiane są w soboty i niedziele. Zaprojektował więc i wpisał w swój grafik, częste, krótkie wypady za miasto. I tego się trzyma. Stara się zrobić z kontaktu z przyrodą, swój dobry nawyk. To nic wielkiego – czasami zwykłe pikniki w lesie pod Warszawą, a czasem spacery w powszedni dzień wieczorem nad Wisłą, tylko tą wiejską a nie bulwarowo-stołeczną. Po kilku tygodniach stwierdził, że przestaje prokrastynować, tak po prostu, sam z siebie. Nie ma już po co.

A gdybym spotkał się z nim i zwyczajnie powiedział: „Chłopie – zagoniony jesteś zwyczajnie, odetchnij trochę”? Nic to by nie dało – zgodnie tak stwierdziliśmy. Zresztą wszyscy mu to mówili. Nie od tego jest coach.

 

Grzegorz Frątczak - 556x793

Grzegorz Frątczak
Prowadzę blog: projektantczasu.pl
Pomagam pracować krócej, skuteczniej i przyjemniej.